sobota, 24 listopada 2012

Rozdział 4

*Następnego dnia**Z perspektywy Mary*
- Chcecie coś na śniadanie? Niedługo przyjadą chłopaki.
- Nie, ja coś źle się czuję, brzuch mnie boli, będę wymiot...- nie zdążyła dokończyć, bo poleciała do łazienki
- JUŻ LECĘ CI WŁOSY POTRZYMAĆ, CZEKAJ! Czego żeś się nażarła? Znów zepsuty kefir?
- Nie, myślę, że to... wiesz co.
- Możesz jaśniej? - Nie rozumiałam o co jej chodzi.
- No bo... wtedy, jak zaprosili nas na imprezę, to ja i Harry... JESTEM DZIWKĄ! JESTEM ZWYKŁĄ DZIWKĄ!!!
- Łołołoł, co się dzieje? - Przyleciała Olivia.
- Kochanie, nie jesteś dziwką, spokojnie. Polecimy z Olivią po testy, ok? Tylko nic sobie nie rób, błagam.
- Dobrze.
- To zaraz będziemy, pa.
*Z perspektywy Olivii*
- O co chodzi? - nadal nie wiedziałam.
- Wtedy co chłopcy zaprosili nas na imprezę, to Sasha z Harrym... wiesz co.
- Ja pierdole.
- Ej, a co jeśli okaże się, że jest w ciąży? Przecież ona się załamie, nawet nie jest z Harrym, a tym bardziej on pewnie nie będzie gotowy na dziecko, ma zespół.
- Spokojnie, pogadamy z nim wtedy, żeby Sasha nie musiała się trudzić.
*20 min. później**Z perspektywy Sashy*
- MARY! OLIVIA! SZYBKO! Wy zobaczcie, ja nie chcę.
- O fak...
- Co? CO?!
- Pozytywny... Tak mi przykro.
- Dlaczego? Dlaczego ci przykro? O nie, sam spłodził to dziecko, więc będzie je wychowywał.
- Jedziemy do nich. JUŻ! Ruszaj się!
*pół godz. później*
- Otwieraj tchórzu! OTWIERAJ! JUŻ!
- Cześć, co się dzieje?
- Gdzie jest ten gnojek?
- Czyli... kto? - Nadal nie rozumiał Niall.
- Harry!
- Aa, trzeba  było tak od razu! Na kanapie siedzi.
- Spójrz! NO SPÓJRZ!
- Co to jest?
- MÓJ test ciążowy idioto!
- J... jak to?
- Spłodziłeś mi dziecko, więc teraz będziesz się nim opiekował i gówno mnie obcho...- nie dokończyłam, bo mnie pocałował.
- C... co ty robisz?
- Bardzo się cieszę, naprawdę, zawsze chciałem mieć dziecko, z osobą, którą kocham.
- Chwila, chwila. Kochasz mnie?
- Tak, czy chcesz zostać moją dziewczyną?
- Ja... ja nie wiem co powiedzieć.
- Po prostu się zgódź.
- Tak. Tak, Harry chcę być twoją dziewczyną.
- Poważnie? Ale się cieszę!
- Ja też, kocham cię.
- Ja ciebie też - pocałował mnie.
- Dobra, dobra. Koniec tego gołąbeczki, Sasha, chyba musimy iść się pakować, a ty przebrać - Dopiero zauważyłam, że byłam w piżamie.
- I JA TAK SZŁAM PRZEZ CAŁE MIASTO?!
- Ups? Hahahaha.
- Tak, śmieszne kurde...
- Dobra, chodź, bądźcie po nas za godzinę, ok?
- Okej, pa.
- Papa, będziesz tęsknić?
- Będę, a ty? - Harry
- KONIEC! - Wydarła się Olivia. - Dlatego nie chcę mieć chłopaka.
*1 godz. później**Z perspektywy Mary*
-Już są! Chodźcie! - Krzyczała jak opętana Sasha.
- Czeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeść misiu! Tęskniłeś?
- Pewnie.
- Nie!Tylko nie to! Błagam was, nie lubię przesłodzonych związków. - Krzyczałam.
- No, prawda ja też nie. - Przyznała Sasha.
*Z perspektywy Sashy*
- To my może z Lou pojedziemy do sklepu, ok?
- Wolisz Lou ode mnie?!- Krzyknął dla żartów Harry.
- Tak, nienawidzę cię! -Kłóciliśmy się dla jaj.
- To idź! Idź do niego!
- Hahaha, weźcie bo zaraz się zesikam. - śmiała się Olivia i Mary.
- Dobra, Lou chodź. Bo z nimi nie da się wytrzymać.
- Okej.
*W samochodzie*
- Sasha, możemy pogadać?
- Nie, kierowca ma skupić się na drodze, hahaha. Pewnie, wal śmiało.
- Bo chodzi o to, że ja się o ciebie martwię...
- Nie rozumiem. Możesz jaśniej?- O co mu chodzi?
- W tym sensie, że Harry w wielu swoich związkach ranił dziewczyny. I nie chcę, żeby było tak z tobą, chcę żeby miał normalną dziewczynę, z którą będzie do końca życia.
- Dziękuję Louis, ale myślę, że łączy nas także dziecko, ledwo go znam, ale wiem, że uwielbia dzieci i na pewno będzie dbał o mnie i o malucha, wierzę w to.
- Jesteś tego pewna?
- Kobieca intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. - uśmiechnęłam się.
- Spoko. - Także się uśmiechnął.- Jesteśmy na miejscu, wysiadaj.
- Weźmiemy wózek? Proooooooooszę.
- Jasne, czemu tak ci na tym zależy?
- Bo uwielbiam jeździć wózkami, hahaha.
- Spoko.
*2 godz. później*
- Mamy wszystko? - spytał Louis.
- Tak, myślę, że tak marhewki, soki, alkohol, owoce, słodycze, chipsy, warzywa itp. itd.
- Czyli wszystko. Dobra, chodźmy do kasy.
- 168 dolarów. - powiedziała kasjerka.
- Proszę. - podałam jej kartę.
- O nie, weź tą kartę, ja płacę.
- Louis, przestań. Nie dość, że mieszkamy u was, to w dodatku będziecie za nas płacić? Na pewno nie!
- Proszę. - podał jej swoją kartę. - A ty swoją weź schowaj. I nie ma dyskusji.
- Ale ty jesteś uparty.
- Wiem, dziękuję.
*pół godz. później*
- Już jesteśmy!
- Macie moje żelki? - Dopytywał Niall.
- Mamy, spokojnie. idę po zakupy.
- O nie, jesteś ciężarna, nie wolno ci dźwigać. - Harry
- Harry! Jeszcze nie jestem! Spokojnie...
- Ja się tylko o ciebie martwię.
- Tak, wiem. Ale bez przesady.
- Dobra, dajcie wszystko co na grilla. Zajmiemy się tym z Liamem. - Zayn.
- Ok, ja idę się przebrać.
- Mogę wejść? - Harry.
- Tak, jasne.
- Do twarzy ci w dresie.
- Haha, weź przestań. Idziemy na dół?
- Ok, chodź.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jest dosyć "niefajnie" bo jestem chora (-.-). I rozdział jest byle jaki,bo
nie miałam ani chęci ani pomysłu na niego. WIĘC BARDZO, ALE TO BARDZO WAS PRZEPRASZAM.
Mam nadzieję, że chociaż trochę wam się spodoba.
Bajo :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz